Wirus kapitalizmu

Text: Przemysław Wielgosz

Prawda o nieludzkim i antydemokratycznym charakterze kapitalizmu rzadko bywa tak dobrze widoczna jak podczas pandemii, której jesteśmy świadkami. Zarazem jest ona okazją do postępowej zmiany społecznej na wielką skalę. Czy to prawda, że jak mawiał Mao Zedong, skoro na świecie zapanował chaos, sytuacja jest znakomita?

W kryzysie pandemicznym zbiegają się i wyostrzają niemal wszystkie negatywne tendencje ostatnich dekad. Zagrażają nam dziś prawdziwy wirus i realny kapitalizm. Biorąc pod uwagę związek epidemii z nienasyconym przemysłem wydobywczym i rolno-hodowlanym oraz rożnymi formami eksploatacji natury – przede wszystkim wylesianiem – które skracają dystans między światem zwierząt i ludzi, możemy mówić o jednym wirusie. Jest nim wirus kapitalizmu. To przede wszystkim on dziś zabija. I to nie tylko dlatego, że tworzy warunki międzygatunkowej transmisji chorób na nieznaną wcześniej skalę. Wystarczy spojrzeć na statystyki ofiar pandemii we Włoszech i Hiszpanii oraz w Niemczech i Korei, żeby się o tym przekonać. Najważniejsze, czego się z tego porównania dowiadujemy, to to, że nawet zachorowalność na poziomie kilkudziesięciu tysięcy osób nie musi oznaczać katastrofalnego żniwa śmierci. Wirus nie jest aż tak zjadliwy, jakby to wynikało ze statystyk zgonów w Lombardii.

Ci, którzy bronią Unii Europejskiej przed rosyjskimi trollami, mówią tylko połowę prawdy we wzajemnych zapewnieniach, że Unia robi, co może, ale rządy poszczególnych państw zawodzą. Otóż fakt, że zawodzą wynika w dużej mierze z wieloletniej polityki Unii, z promowania neoliberalizmu jako jedynie słusznej praktyki ekonomicznej, z forsowania interesów sektora finansowego i poświęcania potrzeb społecznych na ołtarzu konkurencyjności, z demontażu sektora publicznego i ubezpieczeń społecznych, a wreszcie z brutalnego narzucania cięć rujnujących społeczeństwa Grecji, Hiszpanii, Włoch i Portugalii w okresie kryzysu lat 2007-2015. Nie jest przypadkiem, że do obecnej katastrofy doszło w krajach, których gospodarki zostały wtedy „uzdrowione” kuracjami austerity zafundowanymi przez Trojkę. Niska śmiertelność przy wysokiej liczbie wykrytych zachorowań w Niemczech i Korei – krajach, które nie odchudziły swej służby zdrowia i innych usług publicznych – najdobitniej pokazuje, że tym, co zabija, jest przede wszystkim neoliberalna ortodoksja. Lata taniego państwa, upajania się cięciem wydatków, obniżkami podatków, prywatyzacjami i oszczędnościami wydają dziś zatrute owoce. Także i w Polsce, której klasa polityczna w większości wciąż nie obudziła się z neoliberalnej drzemki i najwyraźniej chce zamienić życie Polaków w koszmar na jawie. Poprawianie statystyk za pomocą niedoboru testów w imię politycznej stawki, jaką są wybory prezydenckie, uświadamia nam, że politycy PiS z góry uznali, że dla pozostania u władzy warto poświęcić ludzkie życie.

 

Epidemiczni maltuzjanie wszystkich opcji

Ten kryzys ujawnia jednak znacznie więcej niż tylko bankructwo doktryny neoliberalnej. Ujawnia najgorsze cechy kultury kapitalizmu. W czasach stabilizacji tkwią one głęboko ukryte pod fasadą poprawności politycznej i ignorancji. Dopóki widać je tylko na peryferiach globalnego systemu (gdzie nota bene mieszka jakieś osiemdziesiąt procent populacji planety) nikt w Londynie, Paryżu czy Warszawie nie bierze ich na poważnie. Przywykliśmy do radzenia sobie z obrazami przemocy, głodu i ludobójstwa, tłumacząc je kulturową specyfiką Afryki czy Bliskiego Wschodu – rzekomo determinującą niższy poziom poszanowania ludzkiego życia. Ta cokolwiek rasistowska wymówka nie działa, gdy do głosu dochodzą persony takie jak Boris Johnson zachwalający uroki wymierania słabszych i starszych[1]. Maltuzjański dyskurs premiera Wielkiej Brytanii był tylko epizodem, ale przełoży się na dziesiątki tysięcy zachorowań i wiele śmierci. Nie był to jednak indywidualny wybryk. Na powierzchnię wypłynęła stara kolonialna wizja świata brytyjskich konserwatystów, która kierowała polityką imperium, nad którym nie zachodziło słońce. W istocie Johnson zaprezentował logikę, którą w połowie XIX wieku kierował się wicekról Indii Robert Bulwer-Lytton, gdy na powtarzające się klęski suszy na subkontynencie zareagował liberalną polityką populacyjnego dostosowania – zlikwidował system spichlerzy zapewniający żywność ludności na terenach dotkniętych klęską żywiołową i zdał się na niewidzialną rękę rynku, gdy ta klęska nadeszła [2]. Są oczywiście niebagatelne różnice – Lytton odpowiadał za śmierć jakichś dziesięciu milionów Hindusów, Johnson chciał przejść do historii jako ten, który pozwoli umrzeć pięciuset tysiącom Brytyjczyków. Poza tym jednak reprezentują tę samą tradycję cywilizowanego barbarzyństwa. Tego samego, które zaprezentowali epidemiczny (oraz nie zapominajmy, klimatyczny) negacjonista Donald Trump i co najmniej równie odklejony od rzeczywistości Jarosław Kaczyński zaślepiony wizją przeprowadzenia wyborów 10 maja.

Pandemia stała się sceną dla znacznie bardziej egzotycznych koalicji. Oto teorie spiskowe niektórych liberałów straszących nową wersją opowieści o żółtym niebezpieczeństwie współgrają z surrealistyczną prawicową geopolityką karmiącą się wizją wojny z Chinami, ale co gorsza, także z całkiem realnymi aktami przemocy wobec mniejszości chińskiej. Widzimy, jak zgadzają się ze sobą torys maltuzjanista i wyzbyty empatii filozof przyrównujący szpitale do obozów koncentracyjnych, zwolennicy dobrej zmiany i jej krytycy, medialny magnat i szef lewicowego pisma. Boris Johnson mówi rzeczy miłe Giorgiowi Agambenowi, który skądinąd zapożycza się u antyszczepionkowców, Koalicja Obywatelska zawiera sejmową koalicję z PiS, by przepchnąć tarczę antykryzysową premiera Morawieckiego, Sławomir Sierakowski niepokojąco zbliża się do Grzegorza Hajdarowicza i Radosława Sikorskiego [3]. W Polsce narodowi konserwatyści i neoliberałowie wsparci przez ekspertów ekonomicznych z jedynie słusznej linii postanowili złożyć zdrowie i życie społeczeństwa na ołtarzu produktywizmu. Modelem dla nich mógłby być szef Amazona Jeff Bezos zmuszający setki tysięcy pracowników do narażania swego zdrowia byle tylko generować jego zyski, a jednocześnie ogłaszający akcję charytatywną na ich rzecz.

Ordynowanie przez polskie władze kolejnego zaostrzenia wymogów dystansowania społecznego przy jednoczesnej obojętności wobec dramatycznej sytuacji w magazynach Amazona zatrudniających prawie dwadzieścia tysięcy ludzi, to nie tylko hipokryzja. To nade wszystko czytelna wskazówka, czyje interesy rząd Morawieckiego reprezentuje i jakie stawki – życie i zdrowie obywateli czy zyski globalnego koncernu – są dla niego najważniejsze. Wbrew pozorom nie chodzi tu bowiem o ratowanie gospodarki i miejsc pracy. W warunkach pandemii zmuszanie ludzi do wielokilometrowych dojazdów i przebywania w jednym budynku z setkami innych nie uratuje PKB, ale za to gwarantuje gwałtowny wzrost zachorowań [4]. Narzędzia do podtrzymania życia gospodarki są gdzie indziej. Z pewnością nie w rękach Bezosow i Hajdarowiczow.

 

Jeszcze więcej tego samego

Tymczasem może być inaczej. Szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen łamie – nareszcie! – nieświęte zasady ograniczające poziom deficytu do wyssanych z palca trzech procent i długu publicznego w krajach Unii (do równie nieuzasadnionych sześćdziesięciu procent), zachęcając rządy do wydawania, wydawania i wydawania, by ratować gospodarki i ludzi [5]. Chciałoby się powiedzieć – za późno i za mało. Jeżeli cokolwiek może dziś uratować Unię, to właśnie odwaga w zrywaniu z neoliberalnym kagańcem, który narzuciła sobie i społeczeństwom Europy za pomocą traktatów z Maastricht oraz Paktu Stabilności i Wzrostu. Dlatego dziś kluczowe jest, czy wielkie pompowanie publicznych pieniędzy w gospodarki Unii zerwie z inną patologią, jaką było finansowanie bonusów bankierów, którzy doprowadzili do krachu w latach 2007-2009. Bankom nie trzeba więcej płynności (bo od lat jadą na tej kreowanej przez Europejski Bank Centralny), natomiast społeczeństwom i służbom publicznym potrzeba jej jak tlenu w respiratorach.

W chwili, gdy nawet Komisja Europejska dojrzała do rozwiązań keynesowskich, w Polsce rząd i opozycja proponują jeszcze więcej tego samego. Tarcza antykryzysowa to tak naprawdę miecz, którego ostrze wymierzono w miliony pracowników i samozatrudnionych, a także w… służbę zdrowia. Cokolwiek stoi za tym projektem – cynizm, polityczna rachuba, czy zwykła głupota – porównanie zaplanowanych wydatków na podtrzymanie płynności banków (siedemdziesiąt miliardów) ze wsparciem dla opieki zdrowotnej (siedem i pół miliarda) pozwala na wystawienie najgorszych ocen tym, którzy go opracowali i przegłosowali. Za sprawą tego projektu Polska stała się pierwszym krajem wykorzystującym pandemię do narzucenia społeczeństwu doktryny szoku, o której pisała Naomi Klein [6]. Miks ultraliberalizmu ekonomicznego i stanu wyjątkowego nie miałby szans w normalnych warunkach. W sytuacji poczucia fizycznego zagrożenia, które podbija powszechna i bardzo racjonalna świadomość niewydolności polskiej służby zdrowia jest jak najbardziej realny. Konsekwencje dzisiejszego zamachu na demokrację społeczną spadną na nas, gdy wirus ustąpi. I nie chodzi o to, że u władzy zasiądzie jakiś dyktator, ale o to, że raz zawieszony kodeks pracy realnie wyzuje nas ze wszystkich formalnych praw obywatelskich w stopniu równym pauperyzacji, której doświadczy większość społeczeństwa.

 

Pandemia zmienia świat?

Czy zatem nie jesteśmy już spisani na straty? Czy zwolennicy przykręcania śruby – ekonomicznej i politycznej – zafundują nam swój kapitalizm Thanosa? A co jeśli pandemia ujawniając prawdę o kapitalizmie napędzi jego kontestację?

Historia dostarcza przykładów zmian na lepsze, które były konsekwencją zarazy. Klasyczny przykład to czarna śmierć z XIV wieku, która zbiegła się z wielką falą rebelii chłopskich, w konsekwencji czego historycy stawiają ją wśród wydarzeń tworzących kontekst dla uwolnienia chłopów z zależności feudalnych (w Polsce tylko czasowo) i wzmocnienia pozycji siły roboczej. Można by formułować hipotezy łączące skutki epidemii grypy hiszpanki w latach 1917-1920 z podnoszącą się wtedy falą rewolucyjną w Europie i Azji. Także i obecnie pandemia obnażyła kruchość globalnego reżimu akumulacji opartego na delokalizacji produkcji do Chin oraz na globalnych łańcuchach wartości i dostaw. To, co jeszcze niedawno wydawało się źródłem gigantycznej przewagi kapitału nad pracownikami i uwięzioną w granicach państw narodowych demokracją, okazało się najsłabszym ogniwem systemu. Zablokowanie produkcji w konkretnym miejscu i wzrost kosztów transportu sprowadziły na ziemię zarówno entuzjastów globalizacji, jak i wiernych kościoła gospodarki niematerialnej. Być może, żeby więcej zarabiać, kapitał potrzebuje jednego i drugiego, ale żeby żyć, społeczeństwa potrzebują materialnej produkcji, materialnych produktów w materialnych miejscach.

Na tym nie koniec. Przerywając globalny krwioobieg ekonomiczny, pandemia przyspieszyła kilka procesów, które od dawna już zwiastowały wyczerpywanie się dotychczasowego modelu ekonomicznego. Dotyczy to przede wszystkim końca ery taniej natury, którą można bezkarnie grabić i zatruwać. Związek między tym procederem, który odpowiada za gwałtowne i radykalne zmniejszanie się stopnia bioróżnorodności, a szerzeniem nowych wirusów jest zbyt oczywisty, aby go zignorować. Jego koszty stały się dramatycznie widoczne, także w kategoriach ekonomicznych. Niemniej ważne, że nawet po zakończeniu pandemii kapitał nie będzie już mógł uprawiać na dotychczasową skalę wyścigu na dno w poszukiwaniu najtańszej siły roboczej. Rozsiane po całym globie strefy taniej pracy osiągalne dzięki liberalizacji przepływów i zaniżanym kosztom transportu (dzięki dotowaniu przemysłu naftowego) staną się mniej dostępne. Z pewnością efekty tych ograniczeń nie rozłożą się równomiernie. W niektórych miejscach i sektorach możemy zobaczyć poprawę sytuacji siły roboczej, w innych, szczególnie na globalnym Południu, jej regres. O ile jednak negatywne skutki pandemii mamy jak w banku, bo wynikają z logiki działania kapitalizmu, to szanse na pozytywne zależą od wielu czynników.

 

Upolitycznić bazowy komunizm

Jakkolwiek było w XIV wieku i w 1917 roku, niejednoznaczne przecież przykłady historyczne dowodzą, że ani epidemia, ani elity ancien régime same z siebie nie niosą nic dobrego. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie wierzy dziś, że przed ekonomiczną zapaścią ocali nas niewidzialna ręka rynku. Rzecz jasna socjalizm dla bogatych i ultrakapitalizm dla biednych, do czego sprowadzają się projekty polskiego rządu i opozycji neoliberalnej, tylko pogłębią nierówności, biedę i w ostatecznym rozrachunku także recesję. Dlatego potrzeba im dziś prawdziwej alternatywy. Czy jest nią bazowy komunizm, o którym pisze David Graeber ? [7] Z pewnością oddolna solidarność i pomoc wzajemna okazują się dziś warunkiem koniecznym funkcjonowania społeczeństwa. Ratuje nas dosłownie spontaniczna forma wspólnoty, którą neoliberalny kapitalizm usiłował wyrugować i zastąpić rynkowym wyborem konsumpcyjnym. Filozof Jean-Luc Nancy nazwał ją nawet komunawirusem [8]. Wystarczy porównać jego przejawy z klasowym partykularyzmem bijącym z dyskursu medialnych ekspertów i konserwatywno-liberalnej większości klasy politycznej. O ile ten pierwszy budzi nadzieję na przezwyciężenie kryzysu i jakąś przyszłość, o tyle drugi stanowi jej zaprzeczenie i gwarancję klęski. Ale zgodnie z intencjami Graebera potwierdzanymi przez doświadczenia kryzysu to, co bazowe, nie jest wystarczające (ani dostatecznie polityczne). Nie wystarczą akcje oddolne – szycie maseczek, widzialna ręka i koncerty na balkonach. Rzecz jasna bez tego poruszenia nie sposób sobie wyobrazić lepszego świata po epidemii. Musimy jednak zdać sobie sprawę, że najwspanialsze nawet akty horyzontalnej kooperacji i heroizmu nie zastąpią sprawnie działającego sektora publicznego. Tak jak zajmowanie skłotów nie zastąpi ogólnokrajowej polityki mieszkaniowej. Uruchomiona na dole energia musi znaleźć sposób na przeorganizowanie porządku społecznego. Do tego potrzebna jest formalizacja nowych postaci organizowania się i projekt polityczny.

 

Wzrost, jaki wzrost?

W głównym nurcie polskiej debaty słychać dziś wielkie wołanie o podtrzymanie produkcji i wzrostu. Ale czyż nie dowiedzieliśmy się właśnie, że wzrost sam w sobie nie jest żadną wartością? Czy aby to nie ten sam wzrost, który w minionych dekadach rósł wraz z prekaryzacją, degradacją sfery publicznej, pauperyzacją i zadłużeniem na konsumpcję? Neoliberalny kapitalizm już dawno zerwał związek między dynamiką wzrostu PKB, a rozwojem społecznym, który działał przez cztery dekady po 1945 roku. Dziś wzrost nie unosi wszystkich łodzi, od dawna już podtapia te mniejsze.

Słyszymy, że banki potrzebują pieniędzy, bo przecież używają ich do kredytowania konsumpcji. Ale to najlepszy argument przeciw nim. Problemem nie jest bowiem brak płynności banków, ale sytuacja, w której płace są tak niskie, że pracownicy muszą się zadłużać, by kupić pralkę czy jechać na wakacje. Nie dość, że od lat udział płac w PKB maleje, to jeszcze duża ich część zasila instytucje finansowe z tytułu obsługi kredytów konsumpcyjnych.

Na każdy pomysł wsparcia płac słyszymy neoliberalną śpiewkę w postaci pytania skąd na to brać? Odpowiedź jest jednak banalnie prosta – z tych samych źródeł, z których ma pójść pomoc dla banków. Będzie taniej i skuteczniej. Nawet program dochodu solidarnościowego wypłacanego przez rok trzy i pół milionom bezrobotnym (a tylu może ich być za kilka miesięcy), kosztowałby o piętnaście miliardów złotych mniej niż kwota oferowana bankom[9].

 

Nie stać nas na oszczędności

Dziś jest czas na strategiczne pytania. Czy potrzebujemy wzrostu, a jeśli tak, to jakiego. Jakiego potrzeba nam systemu finansowego – dostarczającego płynności do gospodarki czy przeciwnie – ściągającego z niej płynność przy pomocy prezentów fiskalnych, prywatyzacji systemów emerytalnych czy polityki stóp procentowych powodujących inflację aktywów i zachęcających do pompowania zysków w rynki finansowe. A wreszcie, czy stać nas w dalszym ciągu na politykę oszczędności, skoro wiemy, że jedynym skutecznym sposobem na rozruszanie gospodarki i zmniejszanie zadłużenia są inwestycje publiczne. Konwencjonalni ekonomiści i rządy pod ich wpływem (jak w Polsce) interesują się jedynie produkcją (podażą), hołdując archaicznej koncepcji, zgodnie z którą podaż tworzy sobie popyt. Ale doświadczenia, a także teoria ekonomiczna, wskazują, że taka jednostronność po prostu nie działa. Potrzeba przede wszystkim pobudzenia popytu. Oczywiście nie zapewni go samo stymulowanie konsumpcji. To ostatnie jest konieczne do przetrwania milionów ludzi, ale dostateczny popyt mogą stworzyć jedynie inwestycje publiczne.

Dziś trzeba wydawać. Ale nie na bailout, który ocali skórę grubym rybom. W rzeczywistości przecież, jak uczy klasyk, pracownicy wydają tyle, ile zarabiają, a kapitaliści zarabiają tyle, ile wydają. Jest okazja, żeby, inaczej niż w latach 2008-2009, nie zmarnować pieniędzy i przeznaczyć je na cel, do którego i tak już dawno powinniśmy zmierzać. Tym celem jest transformacja energetyczna i Nowy Zielony Ład. Przedsięwzięcie kosztowne, wymagające innowacji technologicznych, kapitało- i pracochłonne, obliczone na lata… czyli w sam raz nadające się do roli lokomotywy rozwoju społecznego zrywającego z kapitalistycznymi bożkami niskich kosztów i krótkoterminowej rentowności. Nowy konsensus ekonomiczny powinien uprzywilejować hodowanie deficytu zamiast zaciskania pasa, inwestycje publiczne zamiast konsolidacji rynków, regulację demokratyczną zamiast korporacyjnej, kooperację w ramach UE, a docelowo na skalę globalną, zamiast hołdowania zasadzie konkurencyjności, dobra wspólne zamiast prywatyzacji, ochronę płac i miejsc pracy zamiast premiowania zysków, zakończenie ery prekaryzacji przez wzięcie wszystkich pracujących pod parasol umów kodeksowych, a wreszcie ustanowienie realnej progresji podatkowej (obejmującej także majątki) [10].

 

Uspołeczniać i oddychać

Kryzys pokazuje, że wbrew bezkrytycznym i anachronicznym czytelnikom Michela Foucaulta jesteśmy dziś zagrożeni nie tylko przez nadmiar panoptycznych instytucji, lecz także przez osłabienie instytucji demokratycznych. Rzecz jasna, oko Wielkiego Brata nie jest czczym wymysłem. W dobie zarazy perspektywa zachodniego kapitalizmu nadzoru czy kredytu społecznego w wersji chińskiej stała się jeszcze bliższa. Widmo digitalizacji życia publicznego, które jeszcze niedawno rozpalało niektóre technoentuzjastyczne umysły, obecnie kojarzy się z zapaścią demokratycznej wspólnoty. Czym innym jest wykorzystanie nowych technologii komunikacyjnych przez ruchy polityczne, a czym innym sytuacja, w której amputuje się realnie istniejącą przestrzeń wspólną, a to, co było narzędziem, zaczyna dyktować społeczeństwu warunki jego istnienia. Jeżeli zaś narzędzie i sieć komunikacji, tak jak w przypadku serwisów społecznościowych, jest w rękach prywatnego kapitału, mamy do czynienia w wariantem szczególnie niebezpiecznym. Czym bowiem będzie debata demokratyczna, której warunki i ramy wyznaczy Google lub Facebook? Grozi nam sytuacja, w której modelem dla życia społecznego stanie się centrum handlowe, z jego sprywatyzowaną, skomercjalizowaną, bezpieczną i do szczętu odpolitycznioną przestrzenią. W takiej rzeczywistości walka o przełamanie monopolu prywatnych koncernów cyfrowych i upublicznienie cyberprzestrzeni wyrasta na jedną z najważniejszych stawek politycznych współczesności.

Wolność wymaga dziś więcej demokratycznej biopolityki, a nie nowego libertariańskiego maltuzjanizmu. Demokracji potrzeba dobrych usług publicznych, publicznych szpitali, publicznych fabryk leków i publicznych badań, których efekty znajdą się w domenie publicznej. Zamiast stanu wyjątkowego trzeba innej normalności, w której uspołecznienie części gospodarki nie będzie tylko państwową kroplówką dla prywatnego kapitału, ale trwałym rozwiązaniem. Po co nam prywatna służba zdrowia, skoro gdy jest najbardziej potrzebna, okazuje się przydatna wyłącznie dla swoich udziałowców?

 

Kto wytwarza wartość społeczną?

Określając na nowo priorytety, musimy dziś zapytać, na co naprawdę nas nie stać? Czyja praca jest nam naprawdę potrzebna z punktu widzenia wartości społecznej, którą generuje? Epidemia brutalnie weryfikuje piramidę ważności zawodów. W sytuacji, którą stworzyła, trzeba zapytać, kto powinien być bardziej doceniony – sprzątaczka salowa w szpitalu i kurier czy dyrektor działu marketingu i kierownik HR? Ratownik medyczny i pakowaczka w centrum logistycznym czy manager w prywatnym centrum zdrowia i szefowa public relations korporacji? Rysując na nowo tabele płac i prestiżu, musimy też pamiętać o wartości, którą jest przetrwanie. To o nią walczą pracownicy w USA i Polsce domagający się przerwania produkcji, a także ci wszyscy, którzy godzą się na kwarantannę. Dziś wstrzymanie pracy oznacza ocalenie i dlatego powinno być waloryzowane.[11]

Czy na poważnie mamy wciąż wierzyć w to, że ludzie niezbędni do ratowania życia i funkcjonowania społeczeństwa są zbędni przy podejmowaniu politycznych i ekonomicznych decyzji, które go dotyczą? To jest pytanie o kształt politycznej organizacji społeczeństwa, a zarazem o rzeczywisty sens konstytucyjnych zapisów. Bez demokracji ekonomicznej, bez realnego wpływu pracownic i pracowników na strategiczne decyzje dotyczące wytwarzania i redystrybucji bogactwa, formalne prawa, nawet jeśli ocaleją, staną się fasadą klasowych przywilejów.

 

Współzależność albo eksterminizm

Kryzys prowokuje także pytania polityczne, bo nawet szybkie opracowanie szczepionki i opanowanie pandemii nie zmieni faktu, że nie wrócimy już do starego reżimu. Może być tylko znacznie gorzej lub wreszcie lepiej. Wiele wskazuje na to, że stoimy u progu zapowiadanej przez Petera Frase’a ery eksterminizmu, czyli świata nowych hierarchii i niedoborów[12]. Będzie on przypominał rzeczywistość ukazaną w Elizjum Neilla Blomkampa – połączy skutki pandemii, neoliberalnej ortodoksji z globalnymi nierównościami, nacjonalizmem i kryzysem klimatycznym. Niemniej stawka, jaką jest świat egalitarny i dostatni, a do tego ekologiczny, nie utraciła nic ze swej wagi. Przeciwnie, okazuje się racją bytu naszych społeczeństw i projektów takich jak Unia Europejska. Dziś widać to lepiej niż kiedykolwiek. Zawieszanie praw i zamykanie granic działają na krotką metę, opóźniają pandemię, ale jej nie powstrzymują i nie powstrzymają żadnej innej. Zrobić to może tylko więcej demokracji, sektora publicznego i egalitaryzmu. To ich brak okazał się przecież największym zagrożeniem.

Pandemia wcale nie zrehabilitowała państwa narodowego. Przeciwnie, wyostrzyła wszystkie jego ograniczenia. Brak zaufania do statystyk, kompetencji ministrów i zapewnień władz o kontroli nad sytuacją jest w Polsce powszechny. Podobnie dzieje się w USA, Brazylii, Indiach czy Rosji. Jak zauważyli Pierre Dardot i Christian Laval potrzebujemy nie więcej suwerennej władzy państw, ale więcej służb i usług publicznych[13]. Nie należy ich ze sobą utożsamiać. Sytuacja pandemii dostarcza mocnych dowodów na potwierdzenie tej tezy. Historycznie usługi publiczne nie były podarunkami od państw, ale zdobyczą wyrwaną rządom, i wspieranemu przez nie kapitałowi, przez klasy podporządkowane. Dziś jest tak samo, a przykład polski pokazuje to bardzo przejrzyście. Chodzi rzecz jasna o kwestię wyborów prezydenckich. Dążenie do elekcji w czasie pandemii stanowi wyraz suwerennej woli władzy, a zarazem okazało się radykalnie sprzeczne z dążeniem do ocalenia życia, zdrowia i więzi społecznych. Logika zachowania władzy przez prawicę zderzyła się z logiką samozachowania demokratycznej wspólnoty. Na własnej skórze doświadczamy zatem opozycji między porządkiem, w którym państwo zostaje zaprzęgnięte do zaspokajania potrzeb społecznych, a porządkiem, w którym społeczeństwo podporządkowuje się potrzebom władzy suwerennego państwa i kapitału.

W sytuacji, w której państwa sobie nie radzą, bardzo symptomatyczne jest, że prawdziwym źródłem sprawdzonej wiedzy i wsparcia okazała się Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) – instytucja od lat niedofinansowana i kontestowana przez obecny rząd w Waszyngtonie, który na początku 2020 roku postanowił zredukować swą składkę na jej utrzymanie o pięćdziesiąt trzy procent[14]. Światu potrzeba dziś o wiele więcej takich struktur jak WHO. Innymi słowy potrzeba demokratyzacji form globalnych współzależności. Tak by przestały nad nimi ciążyć logiki akumulacji kapitału i geopolityki, bo te tylko pogłębiają polaryzację w skali światowej. Tylko w ten sposób wyrównamy szanse na przetrwanie i uczynimy współzależność źródłem zrównoważonego rozwoju. Trudno sobie wyobrazić skalę katastrofy, która czeka kraje globalnego Południa bez solidarności ze strony krajów Północy i Chin. Na lokalnym podwórku europejskim ten program oznaczałby urzeczywistnienie takich pomysłów jak europejska polityka zdrowotna, środowiskowa czy europejska płaca minimalna. Jeżeli globalizacja neoliberalna jest współodpowiedzialna za pandemię, to szczepionką na nią będzie nie wznoszenie murów, ale globalizacja standardów społecznych, zdrowotnych, ekologicznych i dotyczących zatrudnienia.

Staliśmy się globalnymi współobywatelami pandemii i potrzebujemy instytucji, które to współobywatelstwo odzwierciedlą.

Dlatego, skoro na przedwiośniu 2020 roku znaleźliśmy się w jeszcze cięższych czasach, nie możemy się zatrzymywać na krytyce posunięć rządzących, nie stać nas na umiarkowanie i zachowawczość. Jeśli chcemy ocalić społeczne zdobycze walk minionych pokoleń i najzwyczajniej przetrwać nie możemy jedynie patrzeć wstecz. Musimy pójść znacznie dalej, niż dotychczas wydawało się możliwe.

 

Tekst jest fragmentem książki Przemysława Wielgosza „Witajcie w cięższych czasach. Polski kapitalizm, globalny kryzys i wizje lepszego świata”, która nakładem Wydawnictwa RM ukaże się w maju 2020.” Artykuł został po raz pierwszy opublikowany 14 maja na stronie biennalewarszawa.pl/wirus-kapitalizmu

 

 

 

[1] J. Olender, Brytyjczycy na czołówkę z koronawirusem, „Krytyka Polityczna” 17 marca 2020, https://krytykapolityczna.pl/swiat/koronawirus-wielka-brytania/ [dostęp: 2.04.2020].
[2] [2] M. Davis, Late Victorian Holocausts, El Nino, Famines and The Waking of the Third World, Verso, London-New York 2001.
[3] [3] G. Agamben, Stan wyjątkowy wywołany nieuzasadnioną sytuacją kryzysową, tłum. Łukasz Moll, https://www.facebook.com/PraktykaTeoretyczna/posts/3052401734791796?__tn__=K-R [dostęp 2.04.2020]. Oryginalny tekst w: „il manifesto”, 26.02.2020. A. Leszczyński, Think-tank Instrat: rządowa tarcza pisana pod naciskiem wielkiego biznesu. Cofa nas do XIX wieku, OKO.Press, 31.03.2020, https://oko.press/tarcza-pisana-pod-naciskiem-wielkiego-biznesu/ [dostęp: 2.04.2020]. S. Sierakowski, Lekarstwo gorsze od choroby?, Onet.pl, 23.03.2020, https://wiadomosci.onet.pl/opinie/koronawirus-lekarstw o-gorsze-od-choroby-opinia/pvegc65 [dostęp: 2.04.2020]. G. Hajdarowicz, Koronawirus: konieczna natychmiastowa zmiana polityki, Rzeczpospolita 23.03.2020. https://www.rp.pl/Koronawirus-SARSCoV-2/200329831-Koronawirus-Konieczna-natychmiastowa-zmianapolityki.html [dostęp: 2.04.2020]. R. Sikorski, Poważny głos polskiego biznesuhttps://twitter.com/sikorskiradek/status/1241718020650807297 [dostęp: 2.04.2020].
[4] [4] Patrz badania naukowców z wydziału ekonomii Uniwersytetu w Cambridge, Economic Damage Could Be Worse Without Lockdown and Social Distancing – Study, https://www.inet.econ.cam.ac.uk/working-paper–pdfs/wp2017.pdf [dostęp: 2.04.2020].
[5] Cytat pochodzi z video zamieszczonego na koncie twitterowym Ursuli von der Leyen: „Dzisiaj – i jest to sytuacja bez precedensu – uruchamiamy powszechną klauzulę korekcyjną [general escape clause]. Oznacza to, że rządy krajowe mogą wpompować w gospodarkę tyle pieniędzy, ile potrzebują. Zawieszamy wszystkie ograniczenia, które dotychczas im to uniemożliwiały”. Tłumaczenie własne. Więcej informacji o aktywacji klauzuli korekcyjnej w komunikacie na stronie Komisji Europejskiej: https://ec.europa.eu/comm…/presscorner/detail/en/ip_20_459 [dostęp: 2.04.2020].
[6] N. Klein, Coronavirus Is the Perfect Disaster for ‘Disaster Capitalismʼ, Vice.com, 13.03.2020, https://www.vice.com/en_us/article/5dmqyk/naomiklein-interview-on-coronavirus-and-disaster-capitalism-shock-doctrine [dostęp: 2.04.2020].
[7] D. Graeber, Dług, pierwsze pięć tysięcy lat, tłum. B. Kuźniarz, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2014, s.136-143.
[8] J.L. Nancy, Communovirus, „Libération”, 24.03.2020.
[9] Ł. Komuda, Popyt, panie premierze, „Le Monde diplomatique – edycja polska”, marzec-kwiecień 2020.
[10] Więcej na temat transformacji ekonomicznej: Regeneracja zamiast tarczy, manifest środowiska naukowego badań nad gospodarkąhttps://regeneracjamanifest.wordpress.com/?fbclid=IwAR3TTie Dt2MZcmu_gbEeZguatayVunqWdbmQEaALUAXGPRvfh oXqwblsj3 [dostęp: 2.04.2020]. J. Zygmuntowski, Dekada regeneracji. Jak pokonaliśmy koronawirusa i kryzys kapitalizmuhttps://biennalewarszawa.pl/dekadaregeneracji-jak-pokonalismy-koronawirus-i-kryzys-kapitalizmu/ [dostęp: 2.04.2020].
[11]A. Temkin, Przeżycie to zysk. Kim chcemy być po drugiej stronie pandemii, „Polska The Times”, 25.03.2020.
[12] P. Frase, Cztery przyszłości, tłum. M. Szlinder, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2018.
[13] P. Dardot, Ch. Laval, L’épreuve politique de la pandémie, „Mediapart” 19.03.2020, https://blogs.mediapart.fr/les-invites-de-mediapart/blog/190320/l-epreuve-politique-de-la-pandemie [dostęp: 2.04.2020]. Autorzy ci – za Léonem Duguitem – wskazują, że usługi publiczne nie są narzędziem władzy państwa, ale wyrazem jego ustępstwa przed potrzebami społecznymi, zobowiązaniem wobec nich. Za pomocą tego sektora obywatele kontrolują funkcje państwa, pociągają je do odpowiedzialności.
[14] S. Shah, Dlaczego pandemie są coraz częstsze?, „Le Monde diplomatique – edycja polska” , marzec-kwiecień 2020.

 

Webinar THEATRE & COMMUNITAS Start: 25 FebruaryRead More